Ból, płacz, samotność i obawy, czy na pewno sobie poradzę?

Ból, płacz, samotność i obawy, czy na pewno sobie poradzę?
Wszystkie poradniki przygotowują nas do samego porodu, opisują długą drogę, jaką jest sama ciąża, i ten najcięższy z możliwych wysiłek – urodzenie dziecka. A zaraz potem powinno być ,,I żyli długo i szczęśliwie”, prawda?
Pierwszego z synów urodziłam o 7.28 rano. Gdy po wyjątkowo długim i bolesnym porodzie,  położyli mi go na brzuchu, pierwszą moją myślą było ,,nareszcie koniec”, a dopiero chwilę później popłynęły łzy szczęścia. Rozpoczęły się nasze dwie godziny ,,skóra do skóry”. Nie czułam już bólu, kiedy położna i lekarze pomagali mi urodzić łożysko i kiedy zszywali moje rany… Pełna adrenaliny, potrafiłam jedynie patrzeć na Kubusia. Dookoła mnie działy się różne rzeczy, sala była pełna ludzi i panowało zamieszanie. Po tym czasie młodego wzięto na mierzenie, ważenie i wszystkie te niezbędne procedury, a ja miałam się przesiąść na wózek i pojechać na oddział położniczy. Energicznie podniosłam się z łóżka, i w tym momencie podbiegła do mnie spanikowana pielęgniarka – dokładnie w tym czasie, by złapać mnie, gdy zaczęłam osuwać się na podłogę. Nie przyszło mi do głowy, że po takim wysiłku, jakim jest poród, i po utracie krwi, nie mam siły, by normalnie stanąć. Po drodze na salę zemdlałam po raz pierwszy tam tego dnia. Całe szczęście, że urodziłam rano, więc w  ciągu dnia miałam męża do pomocy, sama nie byłam w stanie wstać z łóżka.
Ból. To pierwsze, co zaskoczyło mnie, gdy emocje nieco opadły. Niby wiedziałam, że poród boli i, że kobieta przez jakiś czas dochodzi do siebie. Nikt jednak nie wspominał, że przez kilka dni czujemy się jakby wybuchła nam ,,tam” bomba! Poważnie, każda zmiana pozycji to był koszmar. Poduszka do karmienia okazała się całkowicie zbędna, ponieważ nie byłam w stanie usiąść. Mąż podawał mi Kubę, a ja karmiłam na leżąco. Z przerażeniem czekałam na noc i na moment, gdy będzie musiał wrócić do domu. Natura jednak jest dosyć łaskawa, i młody spędził spokojnie tę pierwszą noc, pozwalając mi się wdrożyć.
Drugiego dnia zaczęły boleć brodawki. Podczas każdego karmienia było coraz gorzej, jakby ktoś rozcinał je żyletką. Życzliwy personel poinformował mnie, że przecież to normalne, pewnie maluch źle chwyta pierś i z czasem się nauczy. Przy drugim porodzie  już zaopatrzyłam się w maść z lanoliną i smarowałam po każdym karmieniu, co nieco zmniejszało te dolegliwości.
Kolejną przyjemnością, podczas karmienia, była obkurczająca się macica. Napływ oksytocyny sprawiał, że ból przypominał skurcze porodowe tak bardzo, że musiałam odciągać malca od piersi, by złapać oddech.
Do tego dochodziło dręczące pytanie- ,,czy wszystko robię dobrze?”.
Nie mogłam uspokoić mojego dziecka. Przybierał na wadze, czyli nie był głodny, ale płakał bardzo dużo. Pielucha, cycek, odbijanie przez godzinę, ulewanie i znowu od początku. Nie tak wyobrażałam sobie początki macierzyństwa. Poziom stresu dobijał do górnej granicy, a dodatkowo frustrowało to, że doświadczone położne potrafiły uspokoić moje dziecko lepiej niż ja.
Często spotykałam się z niezadowolonym wzrokiem pielęgniarek i koleżanek z sali, którym trafiły się spokojniejsze egzemplarze. Dopiero pod koniec drugiej nocy przyszła do mnie jedna z położnych i poirytowanym głosem powiedziała, żeby dać dziecku smoczek, który miałam ze sobą w wyprawce, a o którym zupełnie nie pomyślałam. To uratowało mój sen. Mój i połowy oddziału położniczego…
Niestety, wykwalifikowany personel medyczny, który w teorii  miał mi pomagać, patrzył na mnie z góry i tylko potęgował moje obawy i samotność. Jako niedoświadczona młoda matka, spotkałam się z ogromną ilością wrogości. I to od kogo? Od innych kobiet!
Nie narzekam na sam poród, nie mamy wpływu, jak się potoczy, a jego ciężar jest nie do oszacowania. Natomiast stosunki międzyludzkie, zwykła empatia i wyrozumiałość – to, co stanowi w moim odczuciu o istocie człowieka– to wszystko było drugoplanowe, a przecież mogło zdziałać tak wiele. Człowiek po ciężkim pobiciu, który trafia do szpitala, jest obdarowywany większą empatią ze strony personelu, niż kobieta, która parę godzin temu została zmasakrowana fizycznie od środka w słusznej sprawie. Nie oczekiwałam litowania się nade mną, i ubolewania nad losem kobiety, która rodzi po raz pierwszy – rozumiem, mają takich na co dzień pod dostatkiem – jednak odrobina wyrozumiałości może zdziałać większe cuda, niż suche wskazówki. Przecież ja tez byłam pacjentką tego szpitala i potrzebowałam opieki, nie tylko mój syn…
Szokujące jest to, jak mało empatii mają kobiety pracujące w takich miejscach. Oburza mnie, że po urodzeniu dziecka, schodzimy na daleki plan – ważne jest tylko zdrowie i szczęście maluszka. Tymczasem my musimy zmagać się całą masą nowych odczuć, zagubione i często samotne w tym tłumie. Niemniej jednak, pomimo tych wszystkich rozterek i bolączek, jedyne o czym jesteśmy w stanie myśleć, to o nim – naszym dziecku, ósmym cudzie świata, samym centrum wszechświata.
Po trzech dniach wróciłam do domu, wiedząc, że oto nadszedł kolejny okres w naszym życiu, okres zapoczątkowany ogromnym, jak dla mnie, cierpieniem. Okres, na przebieg którego będę miała wpływ. I choć wciąż bolało mnie ciało, byłam ograniczona w ruchach (do stanu z przed wróciłam dopiero po 4 miesiącach), to z uwielbieniem mogłam wpatrywać się w półprzymknięte oczka, idealny nosek i maleńkie usteczka, od rana do nocy i od nocy do rana. Naładowana nową turbomocą, mogłam tulić maleńkie ciałko do siebie i zapomnieć o wszystkich trudach i cierpieniach. Z każdym mijającym dniem moje wspomnienia bladły, a rosła miłość do kruszynki, która przyszła na świat. Mój świat…

 

Może Ci się spodobać

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *